wciąż w drodze
Blog > Komentarze do wpisu

TRUDNY PRZEWÓZ

Niedaleko średniej wielkości miasteczka położona była maleńka urocza miejscowość, która oprócz pięknego zabytkowego kościoła, małego uroczego ryneczku posiadała jeszcze hospicjum dla ludzi ciężko i przewlekle chorych, wymagających stałej opieki pielęgniarskiej. Pracowałem wtedy w Oddziale Pomocy Doraźnej czyli po prostu w pogotowiu jako noszowy. Był to wtedy mój pierwszy prawdziwy kontakt z medycyną. Mijały powoli lata siedemdziesiąte, uprawiano bez żenady propagandę sukcesu, a ja podobnie jak wielu innych zarabiałem w ciągu miesiąca na jedną parę dżinsowych spodni.

Pewnego pięknego letniego dnia dostaliśmy zlecenie na przewóz jednej z pacjentek hospicjum do jej domu. Takie usługi były najczęściej wykonywane dla osób, które wkrótce miały umrzeć. Był to czas kiedy rodziny chętniej niż teraz zabierały pacjentów z takich miejsc do domów, ze słowami – „Jak ma już umrzeć, to niech lepiej umiera w domu”. Wydaje mi się, że lepiej być w tych ostatnich trudnych chwilach z bliskimi.
Pacjentka leżała w małym pokoiku na piętrze. Była to wyniszczona około sześćdziesięcioletnia kobieta. Niewiele mówiła, ale była w pełni świadoma wszystkiego co się wokół niej dzieje. Od wielu lat chorowała na chorobę Buergera (Bürgera) i mimo postępującej zgorzeli lewej stopy i podudzia nie zgadzała się na amputację. Postępująca choroba unieruchomiła ją zupełnie. Od wielu miesięcy nie chodziła, a więc o higienę nie mogła należycie zadbać – nawiasem mówiąc chyba nigdy o nią nie dbała. Od długiego leżenia i nie najlepszej opieki dostała odleżyn. Te powiększały się systematycznie i coraz szybciej, do czego przyczyniały się panujące od wielu tygodni upały.

Ten dzień był słoneczny i bardzo ciepły. Już od wejścia czuło się słodkawy nieprzyjemny zapach. W miarę zbliżania się do pokoju chorej intensywność doznań wzrastała do granicy wytrzymałości. Pomimo, że obaj z kierowcą staraliśmy się trzymać fason, to jakoś nie bardzo to nam wychodziło. Pacjentkę należało znieść po schodach. Schody były bardzo wąskie i chorą znosiliśmy w kocu na rękach, gdyż manewrowanie noszami w tych warunkach było niemożliwe. Mimo usilnych starań zachowania kamiennych twarzy, gęby nam się same wykrzywiały, a naszymi ciałami targał odruch wymiotny. Zawieźliśmy pacjentkę do domu, ale podróż była kilkakrotnie przerywana dla zaczerpnięcia świeżego powietrza i uspokojenia szarpanych skurczami żołądków.

Strach - uczucie znane wszystkim (oprócz psychopatów) - jest mechanizmem obronnym. Strach ostrzega przed niebezpieczeństwem, pozwala w porę wycofać się z niebezpiecznej sytuacji, ostrzega przed tym co ma za chwilę nastąpić. Jeżeli do strachu dołączymy intelekt, to wszystko się komplikuje – już nie staje się to takie proste i oczywiste. Naturalne odruchy są tłumione, lub wzmacniane, a nawet wywoływane poprzez działania intelektualne. To rozum pozbawia ludzi naturalnych zachowań, to rozum zaburza instynkt. Lęki i zabobony są wytworem rozumu, ale opierają się na strachu, to on jest punktem wyjścia. Zdarza się, że człowiek tłumi strach, na przykład wchodząc na stromą górę i ginie. Bywa też, że aby ratować własne życie trzeba zagłuszyć instynkt ucieczki, jak to ma miejsce u stomatologa czy chirurga przed zabiegiem. Niestety, człowiek wszystko skomplikował, zakłócił naturalny bieg rzeczy. Gdyby ta kobieta działała wbrew lękom i wbrew strachowi, to prawdopodobnie uratowałaby swoje życie, czy może raczej przedłużyła. Tak się nie stało.

Intelekt jest zbawieniem ludzkości, dzięki niemu powstają cywilizacje, dzięki niemu narody osiągają szczyty dobrobytu i prawdopodobnie dzięki niemu wszystko przepadnie, zginie, sczeźnie. Niestety, jak na razie wszystko zmierza ku temu.

/napisał: mel/

piątek, 28 marca 2008, goldenbrown

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2008/03/29 01:08:19
Ciekawy wpis. Wiele podobnych chwil przeżyłam na praktyce pielęgniarskiej. Ludzka słabość, którą czasem ciężko pojąć, trudny do zniesienia zapach chorych, nie w pełni władnych ludzi. Na szczęście jako kobieta nie nosiłam, do tego byli sanitariusze.
Miałam jeszcze za czasów nauki prywatnego pacjenta, niezwykle trudnego w opiece. Sparaliżowanego mężczyznę na wózku, który zaczynał powoli tracić kontakt z rzeczywistością. . W przeciwieństwie do zapachów znacznie trudniej oswoić strach. Gdybym miała świadomość, że będąc w tym zawodzie jestem w stanie odpowiednio zarobić z pewnością byłabym teraz Superpigułą, inwestującą w dalsze kształcenie. Zacięcie próbowałabym nie bać się niczego. Może nawet medykiem specjalistycznym bym się stała, i własnoręcznie przeprowadzałabym sekcje zwłok, a nie tylko asystowałabym w takowych. Medycyna jest niezwykle fascynująca, jednak w Polsce lekarze muszą porządnie się napracować na kilku etatach, aby mieć poczucie względnego komfortu finansowego.
Osobiście cieszę się, że w porę zboczyłam z tej niezwykle trudnej i niewdzięcznej drogi zawodowej.
-
2008/03/29 15:20:20
Makk, nie wiedziałam, że o mało co nie wylądowałaś w służbie zdrowia;) Pewnie dobrze, że nie, bo teraz dzieliłabyś swój czas tak jak Piszesz, na kilka etatów, dyżury, łapanie chwil z rodziną i jakiś jeden czy moze 2 wolne weekendy w miesiącu.. A może byłabyś na Wyspach, nie u siebie..? Medycyna nie jest dla każdego, to przede wszystkim powołanie, nie sama kalkulacja, że się dobrze zarobi. I uchowaj nas, Panie od takich medyków, którzy na pacjenta patrzą poprzez pryzmat kasy. To, co nam zostawił poprzedni system jest tragedią dla naszego pokolenia, podejrzewam, że i nasze dzieci mogą nie doczekać ozdrowienia, ale trzeba mieć nadzieję..:)
-
2008/03/30 01:14:01
Goldenbrown, wydaje mi się, że dużo zależy od zawodowych tradycji rodzinnych. Gdyby któreś z rodziców, czy dziadków było medykiem, to pewnie połknęłabym bakcyla, nie kalkulując ile mogę zyskać a ile stracić. Pasja wchłonęła by mnie na dobre.
Jednak my, rodzina H. to biznesmeny jeteśmy, prawie jak dawni badylarze;D
Taka przypadłość rodzinna, aczkolwiek niezbyt sympatyczna;)
-
abra-kadabra
2008/03/30 12:57:58
Mnie zawsze uczono, że medycyna i kontakt z pacjentem, to nie praca w perfumerii.
Czasem bywa trudno, to fakt, ale czy ktoś obiecywał, że będzie inaczej?
Pozdrawiam serdecznie!
-
2008/03/30 13:21:51
Makk , częściowo się zgadzam z Tobą - wielu młodych ludzi obiera drogę zawodową poniekąd "wydeptaną" przez rodziców/rodzica, ale nie znaczy to, że robią to z powołania, przekonania, raczej widzą spore ułatwienia w pokonywaniu szczebelków kariery. I takie wybory mnie nie przekonują, bo jak napisała Abra-Kadabra - ta praca wymaga specyficznych predyspozycji. Cudownie byłoby, gdyby lekarze byli należycie wynagradzani za PRACĘ NA ETACIE!, a nie musieli dorabiać dyżurami, by utrzymać rodzinę. Dyżury, to nadgodziny, a nie dobrowolne spędzanie nocy poza domem. Wiadomo, że ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś, ale niech to będzie za godziwą stawkę. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, dziś tak pięknie za oknem, wiosna na całego:) Idę się dotlenić:))