wciąż w drodze...
free web counter
free web counter Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne) OnetRebtel - rejestracja
Blog > Komentarze do wpisu
GŁUPCY, PECHOWCY, CZY NIEWINNE OFIARY

Sprawy pobicia w Izbie Wytrzeźwień wracają jak bumerang. Trzeba przyznać, że niektóre skargi, czy doniesienia o przestępstwie zawierają jakiś cień prawdy, ale chyba jednak tylko cień. Oczywiście moja ocena jest oceną subiektywną. Ta ocena kształtowała się pod wpływem pracy tutaj.
Początkowo podejrzewałem, że każda skarga, każde doniesienie jest prawdziwe, ale z upływem czasu i wraz z nabywaniem nowych doświadczeń doszedłem do wniosku, że ludzie kłamią. Kłamstwo jest na porządku dziennym. Ten kraj jest zakłamany i dwulicowy. Hipokryzja jest czymś normalnym, jest dla wielu stylem życia. Nikt tutaj się nie dziwi, że żona jest nieszczera wobec męża, mąż wobec żony, dzieci wobec rodziców, pracownicy w stosunku do pracodawców, politycy do wyborców, księża wobec wiernych i tak dalej, i tak dalej...
Kłamstwo jest narzędziem. Narzędziem w karierze, w zdobywaniu pieniędzy itp..

Wróćmy jednak do meritum - jeżeli do urazu dochodzi pod wpływem alkoholu, to człowiek, który stracił w ten sposób zdrowie i stał się inwalidą nie może liczyć na pieniądze z ubezpieczenia, ale może kogoś oskarżyć o pobicie lub błąd w sztuce i tą drogą uzyskać odszkodowanie i rentę. Ostatnio mam do czynienia z dwoma takimi przypadkami dotyczącymi młodych ludzi. Obaj doznali urazu na tyle poważnego, że spowodował on trwały uszczerbek na zdrowiu, czyli mówiąc bez ogródek obaj zostali kalekami.
Pierwszy doznał urazu w wypadku komunikacyjnym. Był dość mocno pijany i agresywny w stosunku do otoczenia. Ponieważ doznał urazu głowy, to przewieziono go do szpitala na oddział chirurgiczny. W izbie przyjęć został zbadany przez chirurga i bez wykonania choćby zdjęcia rtg czaszki odesłany do Izby Wytrzeźwień. Przypuszczalnie lekarz w szpitalu zbagatelizował sprawę i nie miał ochoty zajmować się wulgarnym i agresywnym pacjentem.
W izbie pacjent również sprawiał problemy, ale oczywiście taka jest nasza rola, aby z takimi pacjentami dawać sobie radę i w sposób bezpieczny hamować ich agresję, niezależnie w którą stronę jest ona skierowana. Koniec końców delikwent trafił do nas z odpowiednim wpisem od chirurga. Po paru godzinach trzeźwienia został odesłany na neurochirurgię z objawami krwiaka śródczaszkowego.
W efekcie nieszczęśnik ma uszkodzone płaty czołowe i jest kaleką, a rodzina skarży wszystkich oraz obciąża winą za wszystko, co na biedaka spadło. Nie chcę w tym miejscu wybielać lekarzy, którzy oglądali poszkodowanego podczas jego wędrówki po różnych instytucjach, ale chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz, a mianowicie wszyscy dotknięci w jakiś sposób tym nieszczęściem nie znajdują nawet cienia winy u siebie. Przecież wszystko zaczęło się od pierwszego kieliszka to był punkt wyjścia i przyczyna wszystkiego, co potem miało miejsce. Nikt jakoś nie chce uznać tego za przyczynę całego zła. Nie można oczywiście przejść do porządku dziennego nad błędami w sztuce, czy innymi zaniedbaniami i nieprawidłowościami, ale należy zauważyć fakt, że upojony i agresywny człowiek jest pacjentem szalenie trudnym do oceny z dwóch powodów: po pierwsze alkohol zamazuje obraz choroby, czy skutki urazu, a po drugie pacjent swoim zachowaniem uniemożliwia często prawidłową ocenę stanu zdrowia.

Drugi przypadek wydarzył się całkiem niedawno i jest dość świeżą sprawą. Pewien młody człowiek w świąteczny wieczór wybrał się z psem na spacer. Nie wiadomo, czy wypił przed wyjściem z domu, czy zawitał do kogoś po drodze i tam uraczył się alkoholem. W każdym razie znalazł się na własnej klatce schodowej w stanie, który mu nie pozwolił na dotarcie do mieszkania. Nie wiadomo również, czy kładł się na schodach łagodnie czy zdecydowanie zapoznawał się z twardością stopni i podestu. Efekt był taki, że pies pilnował swojego pana odpoczywającego na klatce schodowej, a sąsiedzi mieli problem w poruszaniu się po schodach. Prawdopodobnie jeden z sąsiadów zbulwersowany zaistniałą sytuacją zadzwonił na Policję i poprosił o usunięcie zawalidrogi. Być może bał się psa, lub po prostu nie lubił swojego sąsiada, albo i bał się, i nie lubił obu. Powiadomieni policjanci pojawili się po niedługim czasie i postanowili zabrać „leżaka” do Izby Wytrzeźwień, ale powstał problem z psem, który pokazywał zęby na widok mundurowych i nie pozwalał dobrać im się do swojego pana. Zamieszanie zrobiło się spore, a i widowisko powstało z tego niczego sobie. Podobno jedna z sąsiadek proponowała swoją pomoc i chciała się zająć biednym rotwajlerem i jego pijanym panem, ale policjanci odrzucili pomoc kobiety. Być może postanowili pokazać, że potrafią sobie radzić w każdej sytuacji i nie ma takich przeszkód, z którymi nie daliby sobie rady. Powiadomili schronisko dla zwierząt i poczekali, aż fachowcy poradzą sobie z psem. Pracownicy schroniska szybko dogadali się ze zwierzęciem, a policja już bez dogadywania zabrała pijaka do izby. Lekarz, który przyjmował upojonego amatora napojów wyskokowych nie stwierdził żadnych niepokojących objawów i przyjął go bez zastrzeżeń. Pacjent upojony był na tyle mocno, że nie był w stanie wykonać badania alkometrem. Po położeniu na sali zasnął. Wypadki te miały miejsce około godz. 23:00. Około godz. 2:30 pacjent wstał z łóżka i przewrócił się na sali – tak podawali opiekunowie. Ponieważ nie można było od upojonego jeszcze pacjenta wyegzekwować przestrzegania zaleceń leżenia – nadal wstawał i próbował chodzić po sali, pomimo znacznych zaburzeń równowagi, to postanowiono zastosować wobec niego przymus bezpośredni czyli przytroczyć go pasami do łóżka. Lekarz nie opisał żadnych obrażeń, chociaż jak twierdzą opiekunowie miał to zgłaszane. Wszystko to działo się w nocy. Drugi lekarz po objęciu dyżuru również nie zwrócił uwagi na obrażenia (być może nie były one wyraźnie zaznaczone), ale uwagę jego zwróciły zaburzenia psychiczne pacjenta i utrudniony z nim kontakt. Pacjenta poddano próbie badania alkometrem – niepełne badanie (czas poniżej 3 s.) wykazało 0,38‰ alkoholu. Pacjenta postanowiono skierować na oddział psychiatryczny z rozpoznaniem – „psychoza poalkoholowa”. Zamówiono przewóz z lekarzem. To co się potem zdarzyło nazwałbym koszmarem. Koszmarem, bo nie raz odczuwam ogromny niepokój i miewam złe sny, jeżeli nie jestem absolutnie pewien stawianej diagnozy. Zamiast na psychiatrię pacjent trafił na konsultację neurochirurgiczną i CT głowy (widocznie pojawiły się niepokojące objawy neurologiczne sugerujące wystąpienie krwawienia śródczaszkowego). Po konsultacji neurochirurgicznej znalazł się na chirurgii z objawami odmy opłucnowej, bo jak się okazało złamane żebro uszkodziło mu opłucną. Dopiero po zaopatrzeniu odmy trafił na neurochirurgię z powodu dwóch krwiaków śródczaszkowych, ale niewielkich, które na obecną chwilę nie kwalifikowały się do zabiegu. Ale bywa, że jak ktoś ma pecha, to na tym historia się nie kończy. W drugiej dobie pobytu stan pechowca pogorszył się i należało natychmiast poddać go zabiegowi ewakuacji krwiaka. Nie znam dokładnie szczegółów, ale wiem, że zakończyło to się utratą części kości pokrywy czaszki i możliwości intelektualnych – podobnie zresztą jak to miało miejsce w poprzednio opisanym przypadku.

Obie sprawy spędzają mi sen z powiek i nie dają spokoju w dzień. Jak w pierwszej sprawie rodzina poszkodowanego grozi na razie tylko wytoczeniem procesu o pobicie, tak w tym drugim odpowiednie oskarżenie wpłynęło do prokuratury. Nie wiem gdzie ten drugi opisywany człowiek doznał urazu, być może został pobity podczas pobytu w izbie, ale nie przez pracowników – jak sugeruje rodzina, ale przez współtrzeźwiejącego. W około miesiąc później od opisywanych wypadków miało miejsce na izbie pobicie. Jeden z trzeźwiejących pobił drugiego. Pobity był starszym panem i nie stawiał bandycie silnego oporu. Na szczęście opiekunom udało się w porę wkroczyć i spacyfikować napastnika. Okazało się, że pacjent, który lubi obijać innych ludzi jest na izbie czterdziesty raz i jest to kolejny przypadek pobicia innego trzeźwiejącego. Sprawdziłem ten trop i okazało się że nasz przewracający się na sali pacjent i bandyta przebywali na tej samej sali, ale niestety nie wiem, czy byli tam w jednym czasie. Tego na razie nie udało się ustalić. Prokuratura zajmie stanowisko w tej sprawie – to jest pewne, ale czy będzie to zgodne z prawdą? – Nie wiadomo!

/mel/


sobota, 24 października 2009, goldenbrown
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki: